Jan Walc - pieniacz bezpartyjny,
pieniacz anachroniczny


Pojawiają się tacy pieniacze od czasu do czasu, błyskają jak meteoryt na firmamencie, ale po paru tekstach zazwyczaj stają się obliczalni, cichną, nie chcą już krzyczeć i zorientowawszy się, gdzie są konfitury, przystają do jakiegoś obozu stając się specami od mokrej roboty, dyżurnymi siepaczami różnych gazet niszczącymi już tylko wskazane cele. Nie dziwota, któż bowiem chciałby na co dzień być obsypywany stekiem inwektyw, któż nie woli być miłym kolesiem dla swoich i grzać się w ciepełku redakcji i środowiska... Pieniactwo na pewno nie jest zgodne z zasadami BHP. Bo bezpieczeństwo i higiena pracy wymaga, by atakować grupą, by afiliować się przy jakimś środowisku. By teksty, będące wyrazem grupowych interesów i kompromisów, tylko przybierać w dowcipne formy prowokacji. Własne przemyślenia, własne obszary tabu wycisza się, po cóż mówić "nie wiem", "nie jestem pewien" - lepiej milczeć. I tak, wspaniale zapowiadający się felietoniści z wyrwanymi żądłami, zamiast otwierać oczy czytelnikom, wskazywać obszary wyklęte, obszary niepewności, ćwiczą się w stylu. Po paru fajerwerkach, pokornieją, kiwają głową słuchając opowieści naczelnego o polityce gazety oraz polityce w ogólności i jakoś żyją wciąż w drugiej lidze, z etykietką młodego zdolnego publicysty. Trudno tu mieć pretensje do naczelnych. Przecież oni też prowadzą swoją grę i muszą utrzymać równowagę między prowokacją a obliczalnością. Więc pieniacz bezpartyjny to ptak niezwykle rzadki, zjawisko prawie nieobecne, to prawdziwy skarb.

Jan Walc miał to szczęście, że idąc drogą indywidualnych złości, z furią wchodził w jeszcze niezastygłe pisma, w przeciągu historii udawało mu się publikować cykle w nie do końca zdefiniowanych periodykach, ba, sam był fenomenalnym pisarzem, który swą twórczością sprawdzał granice pieniactwa, jakie może znieść redaktor, policja, czytelnik.

Może więc jego właśnie dzieła postawić obok kieliszka, gdy 13 grudnia białą wódką pijemy tradycyjny toast "na pohybel komunie"? Ma ten przywilej, że zmarł młodo, ma tę zasługę, że jego bunt się nie ustatecznił, więc może - choć pieniacz był straszliwy - jest dobrym kompanem na tę noc grudniową. Chociaż przecież kompanem trudnym. Bo, godząc się na pieniacza przy naszym stole, godzimy się na to, że i on nagle zaatakuje to, co nam najdroższe. I trochę to tak, jak wysłuchiwanie nieobliczalnego podchmielonego dowcipnisia, który obrażając wszystkich wokół, w zabawny nawet sposób, wydrwiwając okrutnie ich wygląd, przekonania, jakość ich żon, nagle swój roziskrzony wzrok może zawiesić na nas. I nas może wziąć za cel swoich drwin. Tak, tak: nas, nasze rodziny, nasze matki. Matki? Tak, a w każdym razie Kościół - matkę naszą. Albo naszych drogich gości z Zachodu wprowadzających tu kapitalizm, przedstawicieli zagranicznych firm, no jednym słowem koleżków z "brygady Marriott" - przecież naszych drugich ojców - dyktatorów stylu, aspiracji i mody, a także gwarantów naszego statusu materialnego. Ale popełnijmy tę nieostrożność i na stół zasłany płachtą "Gazety Wyborczej" i "Życia" wnieśmy książki grupujące publicystykę Jana Walca. O'kay, niech w ten wieczór zada pytania o kompromis i jego cenę, zada pytania o rolę hipokryzji w naszym życiu. Niełatwe pytania. Ale trudno, nie takie głupstwa się robi przy wódce, a kaca jakoś tam zawsze można oszukać: przeczekać, zapomnieć, zapić klinem.

A więc - Jan Walc. Miałby dziś pięćdziesiąt lat. Zmarł w lutym 93. Określenie go mianem pieniacza nie jest żadnym przerysowaniem. Po prostu taki był. Jako student procesował się z własnym ojcem o alimenty, wszczynał awantury w autobusach, był pogromcą urzędników. Gdyby czynił tylko to, pozostałby żywy w legendzie Uniwersytetu Warszawskiego czy Instytutu Badań Literackich, gdzie pracował, w czarnej legendzie sąsiadów. Lecz - chciał - ów gwałtownik - zmieniać świat w skali większej niż przypadkowo napotkany krąg. Aresztowano go w marcu '68 jako niepokornego studenta polonistyki, ale nie wszedł wówczas jeszcze na stałe w ruch politycznej kontestacji - w latach siedemdziesiątych pisywał interwencyjne artykuły w oficjalnych tygodnikach "Polityka" i "Kultura". Raz był to reportaż uczestniczący - jak w przypadku nasyconej żądzą egalitaryzmu opowieści o studniówce Reytaniaków, która odbyła się w restauracji Adria, innym razem pamflet na nieuctwo świeżo upieczonych doktorów nauk humanistycznych, gdy dworował sobie z pracy, w której autorstwo "Balladyny" przypisano Mickiewiczowi. Sprawiał też - jakże by inaczej - kłopoty rodzinie. Jeden z artykułów nosił tytuł 98 - 6 + 1 = 91. Było to działanie, które pani od matematyki podyktowała córce Walca - trzecioklasistce, a którą to nauczycielkę autor publicznie piętnował za nieuctwo, dorzucając jej zresztą do pary polonistkę, która między podmiot i orzeczenie lubiła wstawiać przecinki. A przecież - o tym wiedzą wszyscy rodzice - tego się tak nie robi, to trzeba załatwiać inaczej. Ale Walc nie umiał, czy też może nie chciał załatwiać tego inaczej. I dlatego zapewne podpisał listy protestacyjne, dlatego zajął się drukowaniem podziemnej prasy, dlatego zaczął publikować w korowskich nielegalnych czasopismach.

No tak, tylko że związanie się z ruchem kontestacyjnym nie oznaczało wcale końca kłopotów z najbliższymi. Bo i tu Walc był nieobliczalny. Z entuzjazmem, kryjąc się pod pseudonimem "Jan Woreczko", obwieszczał w pierwszym numerze podziemnego "Głosu" w roku 1977 pojawienie się nowego pokolenia, które dłużej już nie chce "przeczekiwać". I samo sobie zafunduje "pierwszy dzień wolności", wybierając bunt. Ale już w szóstym numerze "Głosu" żegnał się z postacią Jana Woreczki, a ujawniając swoje prawdziwe imię i nazwisko, zachęcał do tego wszystkich autorów podziemnych: "urządzam dziś uroczysty pogrzeb Jana Woreczki - pisał. - Człowiek ma tylko jeden głos, a jeżeli mówi dwoma, to jest to albo paranoja, albo cyrk." "Byłoby źle, gdyby Walc kogoś wystraszył swoim moralistycznym radykalizmem" - ostrzegał polemizujący z nim Sergiusz Kowalski. Walc był jednak już o wiele dalej. W liście otwartym "Do mojego przyjaciela, naukowca i sekretarza..." pytał nie wymienianego z imienia i nazwiska przyjaciela, dlaczego jest jeszcze w PZPR, skoro jego partia nasyła bojówki na wykłady Towarzystwa Kursów Naukowych. Pytał, czy pomysł na bycie "przyzwoitym partyjnym", można jeszcze traktować poważnie. "Krzysztof" odpowiedział i oczywiście spotkał się z dalszymi szyderstwami Walca. Ataki Walca mogły być krępujące dla części opozycjonistów nie tylko wówczas, gdy kierowały się przeciw potencjalnym sojusznikom - tym "oświeconym" partyjnym. Z ostrymi protestami spotkały się też jego reportaże sądowe, w których opisywał przypadek prokuratora pułkownika Witolda Rozwensa - prześladowcy opozycji, który przypadkowo, wskutek niefrasobliwości, zastrzelił z dubeltówki trzy i pół letniego chłopca. W odpowiedzi na tekst Walca "Nie znałeś, panie, litości" autor podpisujący się inicjałami M.M. strofował autora: "świadomość, że całą rację mamy po swojej stronie i walimy w kogo należy jest bardzo korzystna moralnie, lecz i bardzo niebezpieczna...". Historia dopisała tej polemice ciekawą puentę: oto w II instancji, a następnie w Sądzie Najwyższym kara bezwzględnego więzienia dla pułkownika Rozwensa została uchylona. No cóż - szydził Walc - "dzisiaj szlachcic za ubicie chamskiego bachora płaci co prawda grzywnę, ale do wieży nie idzie". Mickiewiczowski cytat umieszczony w tytule reportażu sądowego nie był jedynym nawiązaniem do "Dziadów". 27 października 1978 Jan Walc pisze tekst pod tytułem "Wypełniło się", w którym daje wyraz przekonaniu, iż oto jesteśmy świadkami cudu. Proroctwo z widzenia księdza Piotra urzeczywistniło się. Czterdzieści i cztery to mianowany w wieku 44 lat metropolitą krakowskim Karol Wojtyła, obecnie z trzema koronami (papieskimi) pod stopami, choć sam bez korony. Kto egzaltowany tekst Walca o tym, że przez Polskę wieje wiatr historii, jakiego nie było od wieków, przyjmował wówczas z uśmiechem politowania, w ciągu najbliższych miesięcy w czerwcu 1979, sierpniu 1980, musiał się przekonać, że rzeczywiście "habemus miraculum". W czasie "Solidarności" i w stanie wojennym, co zabawne i symptomatyczne, Walc pozostał sobą. Prowokował wszystkich, nadal było mu niewygodnie i nie po drodze. Zaskakujący atak na wyidealizowany obraz 16 miesięcy karnawału od sierpnia 1980 do grudnia 1981 przyniosła paradoksalnie recenzja z książki Romana Bratnego "Rok w trumnie". Zamiast rytualnych wybrzydzań i dokopywania temu reżimowemu literatowi, Walc podjął niewygodny wątek bojkotowania korowców w czasie sierpniowych strajków i w czasie "karnawału". Podjął w sposób sobie właściwy; bez czynienia szczegółowych dystynkcji, bez zwracania uwagi na naturalną nieufność, z jaką musiała spotkać się w latach siedemdziesiątych działalność grupy zbierającej wyrośniętych harcerzy, eks-komunistów, księdza-wiciowca, literatów - byłych stalinistów. Walc wie, że miał dobre intencje i nie interesują go żadne niepokoje osób stawiających pytania, skąd się brała nadzwyczajna wyrozumiałość władz wobec garstki inteligentów. Odrzuca jako niewarte namysłu zastrzeżenia dotyczące oblicza ideowego KOR-u.

Ha, a gdy przyszła wolność... Tu dopiero Walc mógł pokazać swoje pieniackie oblicze, obserwując zachowania niedawnych kolegów zasiadających teraz w poselskich ławach, otrzymujących ministerialne teki, rozprowadzających swoich kumpli na mocy porozumienia, któremu patronowała ewangeliczna jawnogrzesznica - Magdalenka. Teksty publikowane początkowo w tygodniku "Wokanda", a później w "Życiu Warszawy" to kronika wielkiego kompromisu albo wielkiej zdrady. Kompromisu wszystkich z wszystkimi, zdrady etosu niepokornych. W swoim pieniactwie Walc jest oczywiście niekonsekwentny, bo i wraz ze wszystkimi Polakami dopiero uczy się demokracji. Uczy się i dziwi. Raz w imię ortodoksyjnej litery prawa protestuje przeciw pominięciu prawnej procedury przy wprowadzaniu do szkół lekcji religii ("Cyryl jak Cyryl, a metody i tak te same"), innym razem pisze post-scriptum do jednego ze swych felietonów: "Chciałbym niniejszym odszczekać publicznie wszystko, co kiedykolwiek i gdziekolwiek napisałem bądź powiedziałem złego o Marszałku Piłsudskim w związku z jego wypowiedziami pod adresem Sejmu Rzeczypospolitej, bowiem wypowiedzi te ujrzałem w nowym świetle - i zacząłem rozumieć."

Gdy dziś spojrzeć na felietony Jana Walca jawi się on przede wszystkim jako przeciwnik pojednania z komunistami, zwolennik lustracji, a jednocześnie człowiek optujący za obyczajową swobodą, opowiadający się przeciw jakiemukolwiek rozszerzaniu udziału Kościoła katolickiego w życiu publicznym Polski. Jawi się więc jako anty-klerykał i libertyn, a jednocześnie zdecydowany anty-komunista. Czyli człowiek - dopowiedzmy - dla jakiego nie ma miejsca na mapie politycznej współczesnej Polski, wśród wielkich partyjnych obozów. Nie ma, gdyż nastąpiło takie, a nie inne rozdanie kart. Zawarto takie a nie inne kompromisy i oto ktoś, kto jest zwolennikiem prawa do zabijania dzieci nienarodzonych, automatycznie staje się przeciwnikiem rozliczania komunistów. Ba, jest jeszcze śmieszniej: ktoś, kto domaga się lustracji dzięki temu samemu mechanizmowi staje się nie wiadomo czemu - choćby jego prywatne życie przeczyło temu w sposób krzyczący - miłośnikiem czystości przedmałżeńskiej, lekcji religii w szkołach, a wreszcie nierozerwalności małżeństwa. Napisałem: "nie wiadomo dlaczego" - ale przecież czytając pisane z tygodnia na tydzień felietony Walca widzimy, jak przerażająca logika spycha libertynów w objęcia komunistów, zaś ich przeciwników oddala na pozycje obrońców tradycyjnej moralności. Zabawna, ta nasza niedokończona rewolucja. Dla widzów zewnętrznych, dla dostarczycieli głosów w wyborach parlamentarnych, dla "szarego" stało się tak z powodu małego gadżetu. Małego gumowego gadżetu, którego podrzucenie na barykadę nie pozwoliło dokończyć przewrotu. Bo gdy już już wydawało się, że komuna zdechnie za pełnym przyzwoleniem ludu, okazało się, że marzenie o kondonie* jest silniejsze i trzeba zbratać się z czerwonym, bo czarny zagraża naszej erotycznej ekspresji. Bo gdy już wydawało się, że komuna zdechnie, okazało się, że nienawiść do kondona jest silniejsza i trzeba wdać się w kłótnię z libertynami, bo zagrażają naszej seksualnej czystości. I nagle okazało się, że "zbite szklanki" - jak to się mówi w dziecięcych grach, że zapalamy światło i inaczej ustawiamy barykadę. Najsilniejszym argumentem w politycznej propagandzie stawał się gumowy gadżet, a nie jakieś tam przekonania gospodarcze, czy stosunek do czerwonego. Antykościelna histeria, jaką udało się rozpętać, przy wielkiej dezorientacji samego Kościoła, okazała się niezwykle skutecznym orężem przeciw całemu obozowi antykomunistycznemu. Nawet umiarkowane głosy opowiadające się za poszanowaniem tradycji narodowej i religijnej klasyfikowane były jako poparcie dla przekształcenia Polski w państwo wyznaniowe. Nawet delikatne poparcie dla dekomunizacji traktowano jako wezwanie do wojny domowej. Dzięki tej bezprecedensowej agresji medialnej scena polityczna polaryzowała się w nowy absurdalny sposób. Walc, choć za gumowym gadżetem opowiadał się całym sercem, na takie dictum nie chciał się godzić. I na takie przestawienie barykady mówił: non possumus. Nie chciał stulić uszu po sobie i tając własną miłość do gumowego przejść do obozu prawicy, nie chciał też zbratać się z kondoniarzami za cenę zapomnienia, co tu robiła komuna przez lat pięćdziesiąt. Więc - nagle ostał się sam. Z żółcią dla każdego z obozów. Ze świadomością, że został zdradzony. Ale też ze świadomością - że on, bystry obserwator rzeczywistości, coś przegapił, czegoś nie dopatrzył. Bo oto krajobraz, jaki skrystalizował się po bitwie był zupełnie inny niż ten, jakiego w euforii oczekiwaliśmy. I przecież także Walc miał okres, gdy sądził, że czerwony smok jest już ostatecznie pokonany i można zająć się innymi sprawkami. Jeszcze 2 września 1990 śmiał się, że są różne szkoły reanimowania bolszewika: "jedna to szkoła imienia Chłopa ślimaka, który powiada tak: bolszewika wprawdzie nie stało, ale chwała Bogu jest Prusak przebrzydły, Ziemię Polską wykupywać gotów", a druga to obrona bolszewika lokalnego. "Zwolennicy tej szkoły potrafią pracować z mistrzostwem archeologów, którzy wykopawszy gdzieś kawałek skorupki umieją dolepić do niego całą wielką amforę". Na koniec Walc - optymista twierdził: "dlatego - jeśli dzisiaj nad Wisłą warto modlić się o jakiś cud, to musiałby on polegać na tym, abyśmy się nauczyli żyć bez bolszewika (...) i będzie znacznie pożyteczniej dla nas wszystkich, jeśli zajmiemy się raczej rzeczywistością niż poszukiwaniem czerwonych wiatraków, na które można by przypuścić szarżę". Tak, wówczas obserwatorowi sporu Wałęsa - Michnik wydaje się, że czerwony nie jest realnym niebezpieczeństwem, choć postrzega i z dowcipem komentuje dziwne sytuacje w Telewizji Polskiej: "kiedy np. Drawicz przekonuje nas, że Tumanowicz jest mu potrzebny do wspólnego odmawiania różańca, to nie dość, że mu nie wierzymy, ale zaczynamy podejrzewać jeszcze gorsze świństwa niż te, które oni tam w istocie ze sobą robią". Wkrótce pomiędzy radosne szarże przeciw senatorowi Piotrowskiemu, który zdaniem Walca woła niczym Mickiewiczowski Konrad: "Daj mi rząd du...!", wkradnie się też gorzki ton z powodu sojuszu dawnych opozycjonistów z czerwonym. Ton bezpartyjnego obserwatora, pełnego obrzydzenia dla nowych układów. Dla polityki. Pisał Walc w kwietniu 1991 roku: "jeśli sekretarz PC, Andrzej Urbański, cytuje moje wypowiedzi o czerwonej nomenklaturze i potrzebie jej rozliczania , określając je jako 'arcytrafne' (...) czuję, że w takim razie ja tu muszę coś dodać. Otóż kiedy ja mówię o nomenklaturze, to nie mam na myśli tylko tych jej przedstawicieli, którzy pragną porozumieć się z przeciwnikami politycznymi Porozumienia Centrum, ale także i tych, którzy ochoczo porozumiewają się z Porozumieniem." Obrzydliwość, jakiej dopuszczają się obie strony politycznego sporu, zarówno ci z Unii Demokratycznej, jak i z Porozumienia Centrum, flirtując z komunistycznymi dysponentami pieniędzy i nietrudny do przewidzenia finał takich umizgów, powodują, że faktycznie chce się za Walcem notującym swe uwagi z tygodnia na tydzień, przywołać stosowaną przez niego parokrotnie metaforę dziecięcego teatrzyku. "Kiedy na to wszystko patrzę, czuję się w sytuacji podobnej jak dzieci na kukiełkowym przedstawieniu: chciałbym nieraz krzyczeć głośno: 'Zajączku, zajączku, nie idź tam! Tam się na ciebie czai zły lis!' (...) obawiam się, że lis zajączka naprawdę zeżre, a potem weźmie się za nas." Obserwując proces wielkiej zdrady, Walc powtarza refren z wiersza Ryszarda Krynickiego "I naprawdę nie wiedzieliśmy". Szczególnym tekstem jest odpowiedź na ankietę "Pulsu" wokół książki Wojciecha Jaruzelskiego "Stan wojenny: dlaczego...". Szyderczo podchodzi Walc do kuriozalnych wyznań Adama Michnika poczynionych generałowi: "Ja w myśli rozmawiałem z Panem przez te parę lat po wprowadzeniu stanu wojennego właściwie codziennie - zwierzył się Adam Michnik Wojciechowi Jaruzelskiemu. I nawet opowiedział, co wtedy myślał: "Panie generale, do dupy z taką robotą, przecież nie można długo trzymać społeczeństwa w strachu, w apatii. Róbmy jakieś kroki". Wstrząśnięty Walc szydzi: "Obecne wyznania Michnika, poczynione w dodatku publicznie, stawiają mnie w wyjątkowo głupiej sytuacji: oto okazuje się, że gdy faktycznie robił to ze mną, jednocześnie w myślach robił to z generałem Jaruzelskim, trudno więc byłoby się dziwić, gdybym urządził teraz scenę zazdrości z tłuczeniem talerzy etc. Myślę zresztą, że niejedna taka scena zazdrości się odbędzie, i to na oczach gawiedzi, bo to przecież nie tylko mnie zdradzał Adaś z generałem Jaruzelskim. A najgorsze w tym wszystkim - myślę jak każda zdradzana żona - że z taką szantrapą. Co on w niej widzi?" Gdy jednak dochodzi do cytowania Michnikowych uzasadnień, że ustrój komunistyczny był zawsze jego ustrojem, a komunistyczny rząd jego rządem, Walc nie wytrzymuje i przywołując Krynickiego pisze: "Znowu naprawdę nie wiedzieliśmy, i znowuśmy się dowiedzieli i pewnie nie raz jeszcze tak nam się zdarzy." W związku z podejmowanymi przez jego kolegów próbami rozmywania odpowiedzialności za stan wojenny, Walc ostro ripostuje wyśmiewając przedziwne konstrukcje myślowe w rodzaju: a co Ty byś zrobił na miejscu generała? Wściekły pisze: "Nie widzę powodu, żeby na takie pytanie odpowiadać. Jakkolwiek bowiem nie było tak, że marszałek Kulikow skamlał u moich drzwi: "Panie Janeczku, błagam pana, niech pan wprowadzi stan wojenny", a ja go zrzuciłem ze schodów i wtedy poszedł do Jaruzelskiego, to przecież mam przynajmniej tę zasługę, że mnie ów Kulikow swoich nieprzystojnych propozycji nie czynił. I nie widzę najmniejszego powodu, aby ta skromna zasługa miała mi być odjęta czy kwestionowana." Z podobną odrazą odnosi się Walc do kuglarskich sztuczek Andrzeja Szczypiorskiego, który próbuje umoczyć wszystkich w peerelowskim szlamie. I gdy autor "Początku" atakuje Stefana Niesiołowskiego za to, iż ten jest dumny ze swojej walki z komunizmem i gdy twierdzi - w imieniu milczącej większości - że "każdy człowiek ma prawo do dumy", Walc sprowadza go z obłoków humanitaryzmu na ziemię i powiada: "myślę, że jeden ma, a drugi nie ma i chyba to jednak zależy od tego, co się w życiu robiło". I ironizując, że rzeczywiście zasługą Szczypiorskiego z lat siedemdziesiątych jest skierowanie wielu ludzi na drogę walki z systemem, przytacza smakowite cytaty moralisty Trzeciej Rzeczpospolitej z tamtego czasu: "Socjalizm jest jak rozłożysta jabłoń w słonecznym sadzie", "Polska Ludowa jest ukoronowaniem tysiąca lat naszej narodowej historii". Dodaje: "Od czytania i słuchania tego przez radio można było snadnie zostać opozycjonistą". W oczach Walca Szczypiorski to jeden z rozbójników, czyli "ludzi - często bardzo nieszczęśliwych - którzy pożądanych przez siebie dóbr nie potrafili zdobyć w społecznie akceptowany sposób, ale pragną ich tak bardzo, że gotowi są wydzierać je siłą tym, którzy na nie zapracowali." I wyjaśnia tę metaforę: "Andrzej Szczypiorski na przykład pożąda miana moralisty. Biedny Szczypiorski." Nieelegancki i rubaszny pozostaje Walc jedną z niewielu w tamtym czasie osób, która publicznie i konsekwentnie głosiła swoje weto wobec nowych porządków. Której weto nie było powodowane taktycznym sojuszem czy kalkulacją polityczną. Był jedną z niewielu osób, które realnie przenosiły depozyt opozycyjny lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Swoimi tekstami starał się przypominać jednym, że kiedyś biorąc do rąk paczkę bibuły nie czyniliśmy tego, by się komuś ładować z buciorami w sprawy jego sypialni. Studził zapał drugich - zagorzałych kondoniarzy mówiąc, że roznosząc ulotki robiliśmy to, żeby zdechła komuna, a nie po to, by sprzymierzyć się z nią w ciemnym celu choćby przeciw czarnemu. Miał świadomość tego, ze jest sam. Sam przeciw wielkim partiom. Na wieść o powstaniu w Indonezji związku zawodowego "Solidarność" notował z figlarną nostalgią: "jak się komu ckni za życiem w prawdzie, to może sobie pojechać na wycieczkę do Indonezji. Jeżeli dobrze pamiętam, to oni są o jeden etap dalej od nas: czerwonych wyrżnęli już dawno, a ta "Solidarność", co teraz walczy w podziemiu o same słuszne rzeczy, to ona walczy o nie z muzdecją. Znaczy z prawicowymi, muzułmańskimi demokratami. A może się mylę?" No właśnie właśnie, bo przecież wrogiem Walca był podwójny kompromis: raz opozycjonistów z czerwonym, dwa opozycjonistów z Kościołem (którego nazwę zresztą pisał zawsze z małej litery). Ta alergiczna niechęć do Kościoła powodowała, że absolutnie nie zrozumiał skomplikowanej gry, jaką w tym czasie podjął Adam Michnik. I gdy po raz kolejny atakował naczelnego "Gazety", to czynił to w imię Boya, "uosobienia wolnomyślicielskiej postawy polskiej inteligencji". Apelował - zarzucając Michnikowi uznanie "kierowniczej roli kościoła": "Ty, Adasiu, też masz zapewne nadzieję, że wolno ci się zaprzeć Boya po trzykroć, zanim kur zapieje, działasz bowiem w sprawie słusznej, popierając puławian przeciw natolińczykom, ale proszę, bój się Boya". Prawda jaka szpila? Dwa w jednym. Wściekły Walc zdaje się o krok od bluźnierstwa, którego jednak nigdy nie wypowie, sugestii, że KOR był przedłużeniem walk frakcyjnych w łonie PZPRu. Ale tu w imię Boya uderza głównie w środowisko, dla którego konstytutywnym doświadczeniem było spotkanie lat siedemdziesiątych i lektura "Rodowodów niepokornych" i książki "Kościół, lewica, dialog". Spotkanie i pojednanie radykalnego inteligenta z Kościołem. Tylko że Walc nigdy nie uważał tego spotkania za na tyle ważne, by wypierać się własnych korzeni. W czasie głodówki w kościele w Podkowie Leśnej, gdy rozpoczynały się wspólne modlitwy, ostentacyjnie wychodził na zewnątrz na papierosa. Ta niezależność kazała mu teraz w latach dziewięćdziesiątych szydzić tak z pojednania z komunistami, jak i ze spotkania z Kościołem. Trzeba przyznać, że Walc - walczący i szczery aż do bólu anty-klerykał całkowicie odrzucał strategię Adama Michnika i prowadzoną przezeń w "Gazecie Wyborczej" politykę reformowania Kościoła od wewnątrz. "Uznając tryumf kościoła - pisze Walc konsekwentnie stosując małą literę - Michnik dochodzi do politycznego wniosku, że jedyne, co mu pozostaje, to gra na frakcje, i że on tradycyjnie będzie popierać tę liberalną, a nawet otwarcie przyznawać się do błędów i wypaczeń minionej epoki św. Inkwizycji". Szyderstwa szyderstwami, ale w epoce rozważań o mniejszym złu, można by zadać pytanie: któryż to przeciwnik jest dla ortodoksyjnego, tradycyjnego Kościoła gorszy: prostolinijny, rozchichiotany pieniacz, czy prowadzący elastyczną, nie dla wszystkich czytelną politykę redaktor? Czy lepsza jest "gra na frakcje", na oświeconych permisywnych duszpasterzy, szeroko reklamowanych w "Gazecie Wyborczej", importowanie lub tworzenie ad hoc jakichś przedziwnych konstrukcji w rodzaju niewierzących chrześcijan, czy bezpośrednie, czasem prostoduszne ataki na moralność katolicką przeprowadzane przez Walca, który zresztą wychodzi z tych samych co Michnik założeń, gdy pisze: "doceniając perspektywę historyczną i nie mając najmniejszych wątpliwości, że swój stosunek do kondoma zmieni święty Kościół Rzymski tak samo jak wobec Kopernika powiedzmy, żyję tu i teraz, i o to swoje tu i teraz muszę się nieco zatroszczyć"? Walc nie tylko nie widzi wartości wielkiego kompromisu realizowanego przez dawnych niepokornych, ale i nie dostrzega skuteczności gry Adama Michnika. Jak diabeł z opowieści ludowych bał się święconej wody, tak Walc wzdraga się nawet przed pozornymi ukłonami w stronę Kościoła. Nad kompromis i grę przedkłada magię słów. Z lubością więc obrabia temat seksu, wykazując się niezwykłą pomysłowością w inkrustowaniu swoich tekstów tematyką anty-koncepcyjną i aborcyjną. Czyni to - a daje to efekt raz komiczny, a czasem po prostu nuży - przy każdej okazji, czy to afer, czy debat sejmowych. "Afer nie znajduje się w kapuście ani ich nie przynoszą bociany - "przywala" nam, katolom - i poczęta afera ma naturalne prawo do życia oraz nieskrępowanego rozwoju. Należy także pamiętać, że czymś wyjątkowo niezdrowym jest afera przerywana, tzw. affera interrupta." Z prawdziwą polemiczną furią rzuca się Walc w wir dyskusji na temat referendum o dopuszczalności aborcji. "Posłanka Nowina-Konopczyna wyjaśniła nawet ostatnio, że społeczeństwo składa się z przypadkowych jednostek, więc nie można mieć do niego zaufania, że dokona właściwego wyboru. Tę złotą myśl politologia zapamięta jako "paradoks Nowiny-Konopczyny"; zważmy, że choć w pierwszej chwili nie mamy wątpliwości, że posłanka bredzi, po zastanowieniu przecież zauważamy racjonalne jądro tego poglądu: czy można mieć zaufanie do przypadkowych jednostek, które Nowinę-Konopczynę wybrały do parlamentu? Można natomiast mieć pewność, że nie da się pomyśleć ani taki Anastazy [aluzja do afery z Anastazją P. - przyp. AH], ani takie zdrożności, które mógłby z Nowiną-Konopczyną wyprawiać, aby zasady demokracji zostały brutalniej zgwałcone, niż uczyniła to oralnie sama Nowina-Konopczyna." W sposób mistrzowski szydził z niefortunnej argumentacji anty-aborcyjnej, ale i wówczas, gdy nie przybierała ona form tak kuriozalnych, pozostawał głuchy na inne rozumienie demokracji. Nie dopuszczał myśli, że o zasadach moralnych nie mogą rozstrzygać najwspanialsze nawet i najbardziej reprezentatywne referenda. Nie dostrzegał, że gdy założy się realne istnienie osoby ludzkiej w dziecku poczętym, nie może być mowy o uruchamianiu procedur demokratycznych rozstrzygających o jego życiu lub śmierci. Pozostawał całkowicie ślepy na fakt, że obok niego żyją ludzie, którzy mają inne niż on rozumienie wolności i człowieczeństwa, i że nie zawsze są to ciemni niewyedukowani fanatycy. Spór rozpętany wokół ośrodków dla chorych na AIDS to dla Walca kolejna okazja do błyśnięcia dowcipami na temat seksu i prezerwatyw: "w naszym mieście ojcowie kamilianie udzielają w swoim domu zakonnym schronienia chorym na AIDS. Społeczeństwo z burmistrzem na czele, protestuje z taką mocą, jakby brało udział w jakimś turnieju miast o tytuł Ciemnogrodu. Oczywiście ksiądz proboszcz też jest po stronie owieczek, a kamilianom nie zamierza pomagać, i myślę, że nasz listonosz niebawem dostarczy im depeszę, żeby się czuli odwołani z katolika, bo najwyraźniej nie trzymają ręki na - może nie tyle na pulsie, ale na tym, na czym dzisiaj każdy szanujący się katolik, jak na przykład senator Piotrowski albo poseł Jurek, trzyma rękę bez przerwy". Ale przecież działania związane z pomocą dla hiv-pozytywnych to nie tylko przedmiot do kpin seksualnych. Pisanie o próbach instalowania przez Marka Kotańskiego ośrodków pomocy w Józefowie, jest dla publicysty okazją do wskazania na kompletny brak wyczucia, z jakim prowadzone są tak działania bezpośrednie, jak i kampania propagandowa. "Na czele mieszkańców Józefowa broniących swojego miasta przed Markiem Kotańskim i jego podopiecznymi, stanął miejscowy piekarz, pan Grudziąż. Z tonu publikacji prasowych wynika jednoznacznie, że ich autorzy spodziewali się niewątpliwie, że mieszkańcy Józefowa w chwilach wolnych od pracy zarobkowej zajmują się np. dyskutowaniem najnowszych publikacji profesora Kołakowskiego, a niektórzy publicyści wręcz uważali, że to właśnie sam profesor Kołakowski prowadzi piekarnię w Józefowie. A oto okazało się w dodatku - ku powszechnemu zdziwieniu - że proboszcz parafii w Józefowie nie jest księdzem Tischnerem, co przepełniło miarę: "Nie takiego chcemy społeczeństwa!" - wołają publicyści.". Poznawanie prawdy o społeczeństwie - na własną rękę, uczenie się na swych błędach i złudzeniach to kolejny ciekawy rys publicystyki Walca. Pierwszy okres polskiej demokracji, gdy Walc jednoznacznie opowiedział się za prezydencką kandydaturą Mazowieckiego, a później - jak przecież wielu z nas - był zaskoczony wynikami I tury wyborów i sromotną klęską, jaką poniosła "siła spokoju", naznaczony był jednocześnie daleko idącą rezerwą wobec poczynań kontraktowego rządu. Nie przewidział klęski Mazowieckiego, choć znakomicie wykpiwał aurę, jaką otaczane były reformy: "jeżeli pluralizm sprowadza się do tego, że mi się mówi: jak nie będziesz kochał Balcerowicza, to przyjdzie dziad z workiem i cię zabierze, to powiedzmy sobie prosto i po robociarsku, że gówno mi z takiego pluralizmu." Ale mimo śmiechów-chichów z planu Balcerowicza i z tego, że on taki zaharowany, bo musi plan obrządzać, Walc absolutnie nie pojmuje atmosfery społecznej końca 1990 roku. W tej nowej sytuacji szuka miejsca dla inteligencji. Pojmuje, iż warstwę tę stworzyła nienormalna sytuacja społeczno-polityczna XIX i XX wieku w Rosji i Polsce, ale jednocześnie jest przywiązany do etosu, który jego samego pchnął do działalności społecznej. Etosu, który powodował nim, gdy w latach siedemdziesiątych bronił społeczeństwa, gdy czuł się za nieodpowiedzialny, gdy w niezwykle ostry sposób interweniował nie w jakichś debatach intelektualnych, ale w konkretnych przypadkach straszliwej niesprawiedliwości i okrucieństwa władzy. Wytykał z nazwiska sadystycznych funkcjonariuszy milicji, a czynił to w sposób tak bezpośredni, bez owijania w bawełnę, że zaniepokojeni o jego los korowcy często nie pozwalali mu sygnować imiennie tych tekstów. Swoją działalność w Biurze Interwencyjnym KOR-u traktował serio i nawet przecież później, gdy jego koledzy rzucili się do stołów negocjacyjnych i uciszali w imię historycznego kompromisu pytania o nieznanych sprawców zabójstw, on mocnym głosem domagał się prawdy o mordercach księdza Niedzielaka i księdza Suchowolca. Brał w obronę Ryszarda Zająca, którego uwięziono za wyzwisko "palanty" wypowiedziane pod adresem działaczy "Solidarności" i zapytywał, na jaki epitet zasłużył w takim razie Lech Wałęsa, "który oświadcza publicznie, iż zaprasza na rozmowę posła Jarosława Kaczyńskiego z mężem." Dopominał się uwolnienia obdżektora Romana Gałuszki, parodiując przemówienie prokuratora: "Wam się Gałuszko, wydaje, że jak wyście przeczytali w katechizmie przykazanie 'nie zabijaj', to macie to od razu brać do siebie? Przecież to nie jest do poborowych, tylko do ginekologów!" Do ministra sprawiedliwości zwracał się jak najbardziej serio z listem otwartym w sprawie postawienia przed sąd Jerzego Urbana: "Art. 270 par. 1 stanowi, że 'kto publicznie lży, wyszydza lub poniża Naród Polski (...) podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8, a przy tym art. 273 par. 1 przewiduje zaostrzenie rygoru (od roku do lat 10) w wypadku, gdy sprawca posługuje się drukiem lub innym środkiem masowej informacji'. Otóż Panie Ministrze, jeżeli przytoczony przepis ma jakikolwiek sens, to nie jest znany przypadek, aby ktoś dokładniej niż Jerzy Urban wypełnił jego dyspozycje."

Rozgoryczony rozprzestrzenianiem się "filozofii okrągłego stołu" pisał: "Lepiej jest rozmawiać niż strzelać, ale to jeszcze nie znaczy, że rozmawiać jest na pewno dobrze. Z terrorystami, którzy porwali niewinnych zakładników, wszyscy na ogół chcą rozmawiać i jeszcze dbają o to, żeby się podczas rozmów uśmiechać i mówić możliwie aksamitnym głosem, ale robi się to tylko po to, aby uniknąć przelewu krwi - a ostatecznie terroryści albo odlatują do innych terrorystów zagranicą albo lądują za kratkami. I nikt nie ma pretensji do szefa delegacji rządowej, który podczas rokowań wszystko im obiecywał. Oczywiście - nikt poza terrorystami, którzy do wszystkich i o wszystko mają pretensje." W imię sprawiedliwości domagał się całej prawdy, dlatego też ani przez moment nie zawiesił swojego poparcia dla lustracji. Szydził z wstrzymywania tego procesu i u nas, i w Czechach: "oto autor hasła zalecającego owo życie w prawdzie, czeski dysydent Vaszek Havel, przeciwstawia się obecnie ujawnieniu listy współpracowników dawnej bezpieki zajmujących stanowiska w obecnym parlamencie, rządzie, etc. Prawda prawdą, ale co za dużo, to niezdrowo".

W połowie lat osiemdziesiątych, Jan Walc na łamach kwartalnika "Krytyka" przedstawił fenomenalną interpretację "Ludzi bezdomnych", w której ukazał głęboką pogardę, jaką doktor Tomasz Judym mimo wszystkie pozory zaangażowania darzył drugiego człowieka i całe społeczeństwo. Jeśli cokolwiek z historyczno-literackich osiągnięć Walca ma przejść do historii, na pewno będzie to ta propozycja odczytania Żeromskiego. Odtąd marzenie o nowych Judymach nigdy nie będzie już brzmiało niewinnie. Analizując z kolei w innym miejscu "Dziadów część III", Walc piętnował grzech pysznego Konrada pragnącego cierpieć i decydować za miliony. Opowiadał się za Mickiewiczowskim "doświadczeniem każącym przypisywać wielką wagę temu, co powszechne i zbiorowe, i pamiętać o potwornych skutkach samowładczego indywidualizmu, stawiania się przez jednostkę ponad zbiorowością, ponad sądem historii". Sięganie w głąb dziejów literatury polskiej miało stanowić uwerturę do rozliczenia z czasami współczesnymi. Jednak sądu nad formacją inteligencji radykalnej, nad "wielką chorobą", Walc nie chciał, czy też nie umiał doprowadzić do końca. Omawiając tragiczny lwowski okres Boya i jego kolaborację z Sowietami, uciekł w nie do końca zręczny paradoks o tym, że dla nas, ale nie dla Boya, lepiej byłoby, gdyby w 1939 roku trafiła go bomba. Opisując stalinowską przygodę polskich pisarzy, pozostawał na poziomie moralnego oburzenia. Nie podjął refleksji nad brakiem odporności inteligentów na kuszące hasła modernizacji, awansu społecznego, laicyzacji. Nie odrzucił też całkowicie - ze względów estetycznych i sentymentalnych - Broniewskiego, który był dla niego natchnieniem młodzieńczego buntu. W imię prawdziwego socjalizmu, socjalizmu wyrastającego z oburzenia nierównością i niesprawiedliwością, Walc przystąpił do marcowego buntu, a później do korowskiego ruchu. Socjalizm ten nie tylko nie miał nic wspólnego z aparatczykami z KC PZPR, ale też odległy był od koncepcji rewizjonistycznych. Był socjalizmem wyrastającym z wrażliwości społecznej, socjalizmem pozapartyjnym, nieuwikłanym w gry polityczne lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. A więc - socjalizmem rozwijającym się jakby poza historią i poza rzeczywistością. Był bytem sentymentalnym, nie wytrzymującym próby racjonalizacji, tak jak finał tekstu o Broniewskim, gdzie Walc, zakochany we własnej młodości pisze: "Jego socjalizm, jego czerwony sztandar ma jakby zupełnie inny kolor, bo tyran drży, że niesie on zemsty grom, ludu gniew, wolności rzucając siew." Widział przecież, jak na jego oczach zmienia się w nicość albo własną parodię marzenie o niepokornym, antykomunistycznym socjalizmie III Rzeczpospolitej, jak też marzenie o odrodzeniu inteligenckiego etosu. Z pogardą przyglądał się wysiłkom Szczypiorskiego, zmierzającym do wykreowania się na autorytet moralny, ale jednocześnie dystansował się wobec "Traktatu o gnidach" Piotra Wierzbickiego i nosił w sobie marzenie o porozumieniu ludzi światłych i wrażliwych. Tak jakby nie docierały do niego bolesne lekcje rządów Mazowieckiego, jakby pozostawał głuchy na własne doświadczenia dotyczące dysonansu poznawczego, popierał apel Szczypiorskiego o powołanie partii inteligentów. Zdawał sobie sprawę z końca tradycyjnego kształtu inteligencji, notował: "dożywa również swojego czasu i moja formacja - anachronicznej w dzisiejszym czasie inteligencji, której też by dawno nie było, gdyby jej niechcący nie ocalił komunizm, któremu musiała opierać się przez dziesięciolecia i tylko dlatego w swoich dziewiętnastowiecznych formach dotrwała aż do dzisiaj." Dowcipkując, ripostując, zanurzony w felietonowym żywiole, nie zdążył podjąć głębszej refleksji na temat własnego losu - korowskiego poputczika, który okazał się człowiekiem bez przydziału. Nie zdołał przypatrzeć się formacji, której był dzieckiem i dysydentem jednocześnie, nie spostrzegł, kiedy został sam. Choć rozżalony na kolegów, nie wyrzekł się nigdy doświadczenia korowskiego, nie potraktował nigdy KORu jako miejsca wielkiej manipulacji. Bezsilny wobec nowych czasów, z wierności dla starych przyjaźni popełnił rzecz tak kuriozalną, jak współautorstwo książki "Ja już wygrałem" - wywiadu rzeki z Andrzejem Celińskim, który do Płocka sprowadził firmę Levis i na okładce swego dzieła - on, senator Najjaśniejszej Rzeczpospolitej - beztrosko umieścił reklamę tychże dżinsów. Wściekły na zawierane z czerwonymi i czarnymi kompromisy Walc nie zauważył, że oto misja inteligencji radykalnej gwałtownie przekształca się wraz z runięciem Polski w objęcia oświeconej Europy. I że historia zatoczyła wielkie koło i dwuznaczny obóz Stanisława Augusta, pragnący wyrwania Rzeczpospolitej z ciemnoty sarmatyzmu i chcący na siłę europeizować naród, odnajduje teraz swoje współczesne wcielenie. Inteligent radykalny, postępowy porzucał ducha kontestacji i pokorniuchno przyjmował standardy europejskie, by na modłę brukselską reformować ciemne tradycyjnie społeczeństwo. I tak jak poprzednicy euroentuzjastów z piosenki Jacka Kaczmarskiego nie wiedzieli, że król "na tortach dał napis Vivat Katarzyna!", tak dzisiejsi oświeceni, radując się z otwierania kolejnych supermarketów, nie za bardzo chcą pytać, dokąd to wszystko prowadzi, składając los w cudze ręce. Walcząc ze społeczeństwem, tradycją, która jest opoką narodu, wyklinając pamięć, sami niezdolni podjąć odpowiedzialności. Walc nie potrafił zdobyć się na dystans wobec tych procesów i ujrzeć je w pełni. Może zresztą wówczas było na to za wcześnie. Pozostał sobą: trawionym wewnętrzną pasją bezsilnym często pieniaczem. Pieniaczem, który nie dostrzegł, że inteligenci wcale nie muszą być tacy bezbronni i że to Adam Michnik - jego wielki przyjaciel, a jednocześnie człowiek, którego zdradę przeżywał najboleśniej, wybrał optymalną - jeśli chodzi o środki - drogę realizowania się inteligenta. Drogę siły mediów. Drogę przymierza z możnymi tego świata.

Walc pytał o sprawiedliwość, o dawne umowy i dawne ideały. Bezpartyjny pieniacz, anachroniczny pieniacz. Pieniacz na 13 grudnia, na wspominki świata, którego już nie ma. Pieniacz - zdezorientowany złośnik czy gwarant naszej wolności?

Andrzej Horubała


  • oboczność kondon-kondom podobna do szlachetnej multinarodowej oboczności symfonia-sinfonia bierze się stąd, że byłem uświadamiany na podwórku przez starszych kolegów, a nie w szkole. Która wersja jest prawidłowa? Książkowa zdaje się nieco martwa, neologizmy wyraźnie wykorzystują tę podwórkową, por. kondoniarze, kondoniarstwo, grę słów "skąd ona taka blada?...".


  • Fragmenty eseju drukowane [w]: "Życie" 1999:37, 13 - 14 lutego 1999.



  • REWOLTA, Sp. z o. o.,  02-797 Warszawa,   ul. Nowoursynowska 129 m. 6  

    NIP 951-20-73-975  Tel. (+48) 601 213586  rewolta@rewolta.pl