MONO




Piotrowi Tomaszukowi i Tadeuszowi Słobodziankowi bardzo dziękuję za fachowe uwagi i rady.
AH




     Umywalka. Lustro
     Ciemno.

Ewa!...
Ewa!...
Ewa!...

     Scena rozjaśnia się.

"Skończyło się, Polaczku..."
I co?
Wyłonanizowałem się.
Zwaliłem konia. Wybrandzlowałem się.

     Staje przed lustrem. Wypina brzuch, kuli ramiona. Ustami naśladuje odgłos puszczania wiatrów. Kręci głową. Wybałusza oczy do swego odbicia.
Przedrzeźnia:

"Mili chlopcy, najlepiej traktować własne ciało wedle formuły świętego Franciszka z Asyżu, który powiadał: 'Ciało - ten niesforny osioł'. Owszem, czasami wierzga, ale potrzeba nam dystansu wobec tych spraw."
Spraw! Spraw! Sraw!
A ty, ojcze, jak sobie radzisz z tymi "sprawami" w klasztorze? A może bozia hormonków męskich poskąpiła?!

     Spłukuje dłoń.

Ewa?... Balanga, gdy skaleczyła się kieliszkiem...

     Naśladuje czyjś pijany głos.

Krew! Trzeba pod kran! Zimną wodą!
Kto się tym zajmie? Oczywiście Pawełek, bo Pawełek-prawiczek nie pije. ślubował Matce Boskiej i Glempowi.
I trzymałem jej dłoń. Dłoń-kwiat pod strumieniem lodowatej wody. Omdlała ręka, długie palce. Skóra na przedramieniu z zimna chyba pokryła się takim marmurkiem. To chyba tak określają to kąciki porad w jakichś pieprzonych "Przyjaciółkach".
A ja trzymałem jej rękę. I chciałem ją trzymać za rękę!
Rana była głęboka. Widać było różowe mięso. Zachodziła krwią, gdy przestawał ją obmywać strumień wody.
Ewa miała łzy w oczach. A za ścianą tradycyjne (śpiewa) "Raduje się serce, raduje się dusza, gdy pierwsza kadrowa na Moskala rusza, ojra ra tarara wojenko kochana, nie masz to jak pierwsza, nie, o nie".
Była godzina policyjna. Ee, chyba już znieśli wtedy. Na pewno znieśli. Gospodarz poszedł po sąsiadach po jakieś opatrunki. A ja - trzymałem jej dłoń pod strumieniem lodowatej wody. Jej palce ściskały moje. Ale przecież ona była żona innego. Żoną bliźniego.
A ja - jej studentem.
Cóż mogło być więcej nad samarytański uścisk dłoni?

     Kończy zabawę w umywalce. Wyciera ręce.

Człowiek zdał na studia... Polonistyka. Już parę dni wystarczyło, by przekonać się, że to nie to. Jak ten wydział wygląda! Jakieś obrzydliwe świetlówki, że wszyscy mają zielone albo sine twarze. Z czerwonymi plackami. No, inna sprawa, że sporo tam takich aparatów już totalnie nieudanych. Jakichś pokrzywionych. Kulawych. Niedożywionych. Ciągłe przeciągi i smród papierochów. Nie do wywietrzenia. Polskie śmierdziele - jakieś sporciaki, emersony. Kwaśny sztynk. Czarne metalowe popielniczki. Ogryzki. Papiery. Na takich prętach. Jeszcze posadzki. Lastryko. Zimne. Szaroczarne. I oczywiście ściany - na olejno. A jak! Żeby szmata mokrą. (naśladuje odgłos spadającej szmaty) Każdy brud. Wody z mydlinami z wiadra i szmatą, i szmatą! Oto świątynia sztuki. Miejsce, gdzie można rozprawiać o literaturze pięknej. Gaj Akademosa. No i te nasze Platony. O, idealnie pasujące do miejsca. Zasada decorum obowiązuje. Twarze, zmęczone wódą pitą na wszystkich tych jesieniach poezji, konkursach jednego wiersza. Paluchy żółto-pomarańczowe od nikotyny. Włos? Tłusty i z łupieżem. Niektórzy pozapuszczali sobie brody i wąsy, że niby sami poeci. Sylwetka? W średniej krajowej. (wypina brzuch, kuli ramiona) Okrągły kartoflany brzuszek umożliwiający podrygiwanie na stołecznych, nadmorskich i górskich dancingach.

     Nuci jakiś dancingowy hit, naśladuje niezdarne ruchy, tańcząc prowadzi dialog.

"Mój przyjaciel Grochowiak... Co, pani Ola też pisze wiersze?" (nuci, pokazuje, jak naukowiec próbuje dobrać się do partnerki) "A może pani zaprosi mnie do siebie? Poczytamy, poczytamy..." (tańczy, coraz śmielsze manewry rękami i udami) "Panie doktorze!..."

     Przerywa taniec.

A koleżanki studentki? Dopiero niedawno dowiedziałem się... nie pamiętam, kto mówił. Zresztą, nieważne. Polonistyka - jak się okazało - zajmuje pierwsze miejsce, jeśli chodzi o przerywanie ciąży... skrobanki.
Nie wiedziałem o tym.
Wchodzisz na wydział. "Cześć". (kobiecym głosem) "Cześć". (krzyczy) A to rzeźnia! Kurwa, burdel jakiś!
Nie wiedziałem o tym. I bez tego czułem się tam obrzydliwie. Zdałem na polonistykę. Idę. Rok osiemdziesiąty. Uniwersytet. Myślę sobie: KOR, SKS, będę wiersze pisał, dyskutował. A tu: posadzka, świetlówki, smród. Brzydcy ludzie. I tak chyba przez miesiąc. Wracał człowiek do domu. Ubranie przesiąknięte tymi petami. Łeb od świetlówek boli.
Błe.
Pierwsze miejsce w skrobankach. To co? co druga? Co trzecia? A wśród tego wszystkiego ja - Pawełek. Prawiczek. Krzyżyk na szyi. No nie, nie taki model typu (garbi się, pochyla głowę) "Spotkałem Jezusa. On cię poprowadzi. Zaufaj mu."
Bez przesady. Aż taki nie byłem.
Tacy nawiedzeni to dopiero frajda. Rzeczywiście, ile kłopotów potrafi sprawić taki nawrócony - kolegom i rodzinie. Taki miękki się robi. Niezdarny. I tak (pokazuje) dotyka. Jak jakiś zboczeniec. Tak cię - miękką łapą - za ramię bierze.
"Przyjacielu" - i patrzy w oczy z rozanielonym durnym uśmieszkiem. - "On cię kocha."
Spierdaaalaj.
Nie no, takim nawiedzeńcem nie byłem. Powiedzmy - byłem na pół gwizdka. Też wzruszałem się swoimi słowami, taki troszeczkę miękki się robiłem. Taki... Alosza Karamazow.
I co?! wchodziłem na wydział. A tu szczęk przyrządów ginekologicznych! Pękające prezerwatywy! Kubły!
"Cześć". (miękkim głosem nawiedzeńca) "Czytałaś ostatni 'Tygodnik Powszechny'?" (zachrypniętym kobiecym głosem) "Nie miałam czasu, miałam skrobankę." O, to by było uczciwe.
Taak. Oni wszyscy, ci nawiedzeni, dotykają. Tak jakby cię za ubranie chcieli wciągnąć do tego raju swojego. Albo - tak głaszczą. Mickiewicz też dotykał. Jak był nawiedzony towiańszczyzną. Słowacki się chyba żali, że mu całe ubranie pogniótł. I guzik zdaje się urwał. Odprasowany Słowacki! Z tym swoim kołnierzem! (rozchyla)
To wszystko sprawa słów. Jak powiesz "Jezus cię kocha. Spotkałem Go", jak zaakceptujesz takie kawałki... Nagle zobaczysz, że taki miętki się robisz...

Kiedyś, w osiemdziesiątym pierwszym współorganizowałem takie tam spotkanie w kościele połączone z rozmyślaniem. I miałem ze sobą broszurkę z różnymi modlitwami i medytacjami. Więc wszyscy klęczeli. Siedząc na piętach. A ja tę książeczkę puściłem w obieg. I każda dziewczyna... no tak, tam w zasadzie same dziewczyny były... czytała jakiś kawałek i potem zamyślaliśmy się.
świece... Półmrok...
I nagle słucham, a tu jakaś dziwna medytacja.
Nieznana.
No, ale wszyscy wzruszeni, rozmodleni...
Okazało się, że dziewczyna spis treści, tytuły rozważań przeczytała. I co miałem zrobić?! Wstać, powiedzieć: dobra, dosyć tych jaj, przestańmy się oszukiwać, zapalamy światło?!

W porządku, byłem taki na pół gwizdka miękutek. Mijał październik osiemdziesiąt. Listopad. Na polonistyce smród, przeciągi, nuda. Oprócz tego - solidarność i NZS. Zapisałem się. Malowałem plakaty.
Smród i świetlówki. No i te nasze doktory. Nuda. Smród. świetlówki. I rozpacz, że człowiek tak bez sensu wpadł.
I wtedy pojawiła się Ewa. Magister Ewa Manska. Starsza ode mnie o cztery lata i dziewięć miesięcy. Mężatka. świeżo po studiach. Najpiękniejsza osoba na wydziale. Zajęcia z teorii lektury.
Jej pojawienie się było dla mnie szokiem. Do dziesiątego listopada nic tu nie odpowiadało swoim funkcjom. No, poza cieciem - ubekiem. Ten rzeczywiście był klasyczny. Uuuuusz, ta jego pyzata gęba!
Dziesiąty listopada... Zziajani wróciliśmy spod sądów, gdzie zarejestrowano właśnie Solidarność. Spór o kierownicę, te sprawy. "Lech Wa-łęsa!" "Lech Wa-łęsa!" Na drugie piętro do sali trzydzieści osiem bodaj. Te śmierdzące polonistyczne wnętrza. Zimno. Metaliczne odgłosy potrącanych popielniczek spadających na ziemię. Sala trzydzieści osiem. świetlówki.
Sinozielone twarze.
I weszła ONA.
Te porozumiewawcze uśmieszki i spojrzonka Andrzejka i Tomka - grupowych jebaków. Ohydni! Co oni z tego zrozumieli?

Czy Ewa była piękna? A co to jest piękna kobieta?
Według jakich kryteriów? Gdyby przeprowadzić ankietę, to jaka kobieta by zwyciężyła? Tak, cos takiego dziwkowatego z ciałem skorym do oddawania. Taka jakaś syntetyczna kurwa.
Okazałoby się, że mężczyźni czerpią swój ideał piękna z jakichś półpornograficznych pisemek. Że odsłonięty kawałek nogi albo płaski brzuch działający na wyobraźnię, że niby będzie sprawnie chodził w czasie stosunku, albo podkolorowane szminką lekko napuchnięte usta, znaczą więcej niż ciekawy kształt głowy, wyraz oczu, subtelność dłoni.
Co to jest piękna kobieta? Wedle przeciętnego, ale oczywiście niewyartykułowanego mniemania, to taka kurwa, tylko troszeczkę maskująca się. Co to jest kobiecość? Kurestwo. Jebanie.
No a typy - "intelektualny", "sportowy", "chodząca niewinność"? To tylko style, w jakich dochodzić będzie do parzenia.
Po dyskusji, po paru gemach, ze łzami w oczach po smutnych zwierzeniach.
Więc według tych kryteriów Ewa piękna nie była.
Oni w ogóle jej nie zobaczyli - Tomek z Andrzejem.
Oni nie zobaczyli, że Ewa jest protestem przeciw ich światu.
Kontrastująca z ciemnymi włosami przezroczystość skóry... Widoczne były błękitne żyłki... Wrażliwość oczu, zawsze trochę wilgotnych, z jakimś takim napięciem w spojrzeniu... Bezbronna, szczupła szyja... Palce długie, kruche... Ona była po prostu piękna taką zupełnie niepraktyczną urodą.
Kiedy miewaliśmy zajęcia w niedogrzanych pracowniach, widać było, jak jej ciało cierpi. Na rękach pojawiał się ten marmurek. Czasami dostawała jakichś wypieków... Wykwitów.
Ale właśnie to jej nieprzystosowanie, te wydawałoby się rażące symptomy były cudowne.
Jej roślinna kruchość, zupełna niepraktyczność, niefunkcjonalność ciała - jak przesłanie z pracowni dawnych mistrzów.
Dawny sen o kobiecości. Niezbrutalizowanej. Niezbrukanej pożądaniem. Ewa i wiedziała, i nie wiedziała, co znaczy jej uroda. Nie psuła jej głupimi zagraniami typu: włos na żel, pasemka, obcisłe portki, kołysanie biodrami.
No tak, bo wszelka moda to przecież nic innego, jak tylko sygnał: jeb mnie, jeb.
O, nawet szyfonowe wstawki w jej sukience nie miały nic wspólnego z prowokacyjnymi prześwitami, jakie wtedy robiły sobie baby przy pomocy takich krateczek, przez które można dostrzec kawałek cielska. Ten szyfon to właśnie jakieś podkreślenie ulotności, nieprzystosowania. Włosy zaplatała albo spinała do tyłu, by uwydatnić kształt głowy.
Paliła, owszem. Ale sposób trzymania papierosa, koniuszkami palców i w ogóle całe obchodzenie się z nim czyniło wrażenie bardziej duchowe niż przyziemne, niskie.
Czy inni zauważyli, że dziesiątego listopada 1980 roku do ich życia wtargnęła nowa rzeczywistość?
Czy z tego dnia zapamiętali tylko rejestrację Solidarności i koncert w Teatrze Wielkim, na który popędziliśmy po zajęciach i - (pokazuje grę na gitarze a la Jacek Kaczmarski, przedrzeźnia)
"Obława, obława, na młode wilki obława (bierze go to)
Te dzikie zapalczywe w gęstym lesie wychowane,
Krąg ziemi wydeptany, w tym kręgu plama krwawa,
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane."
Andrzejek z Tomkiem na pewno pozostali ślepi na urodę Ewy, ale Wojtek, laureat olimpiady wiedzy o sztuce. Zagadnął mnie na jednej z balang integracyjnych o Ewę. Ja z trudem ukrywając... wypierając się prawie... porównałem ja do Madonny z Krużlowej. On: "Raczej Parmigianino. Madonna o długiej szyi, nieprawdaż?" - Parmigianiono. "Szkoła parmeńska, około 1535 - 1540".
A więc i jemu kojarzyła się z malarstwem religijnym.
Ale on patrzył na to z zewnątrz.
Już od pierwszych dni października zaczął te swoje łowy na panienki. Z ironicznym uśmiechem brzdękał coś pod nosem - jakieś egzystencjalizmy, freudyzmy, heideggeryzmy. Onieśmielał panienkę, kupowali wino albo koniak i szli do akademika, gdzie pewnie dobijał ją jeszcze paroma zdaniami o malarstwie czy muzyce, a potem rżnął z tym swoim smutnym uśmieszkiem.
A gdzieś na drugim roku, to z kolei podrywał na raka. O tu - gulka mu jakaś wyskoczyła... Chodził w takim napięciu, panienkom w ślepia zaglądał jakimś takim owczym spojrzeniem. A potem to samo - winko, adapter i jebanko... Na Freuda... Na raka... "Ostatnie tango w Paryżu".

     Miękka paczka papierosów

O, Andrzejek - nasz Don Juan to otwierał paczkę! Nie jakieś tam dłubolenie, żeby wydrzeć - jak w reklamówkach zachodnich - taki zgrabny mały otworek, przez który będzie się wystukiwać papieroski. Tylko: trach! zrywał banderolkę, rozginał sreberko i rolował paczkę, żeby służyła wszystkim.
Rzucał ją niedbale na stolik, przy którym potrafił godzinami przesiadywać, spijając piwko.
W stanie wojennym chodził do Goebbelsa - knajpy reżimowych dziennikarzy, bojkotowanej przez "środowiska niezależne"... No, potem wszyscy tam chodzili.
Jak ja go nienawidziłem za te knajpiane posiadówy! Nigdy tam dłużej niż kwadrans nie wytrzymywałem. Ale jak usłyszałem, co Maciek powiedział o Ewie, złamałem się.
Wiedziałem, ze to głupie i pozerskie, ale poszedłem się napić. Oczywiście do Goebbelsa. Blisko.

Siadłem przy innym stoliku. Andrzejek otoczony jakimiś wesołkami. Gadał i gadał. Akurat przez prasę katolicką przetaczała się kolejna fala dyskusji o Żydach i Zagładzie. Więc Andrzejek - śmiech: "Jak profesorek czuje się taki winny, że esesmani to przy nim, panie, święci, no to łup go do Tel Avivu. Na proces. Rozwalić paru Polaczków, co się tak w piersi biją, że zaniechali pomocy, że to prawie zbrodnia. Ha, skończyłaby się ta licytacja. Od razu profesorki by krzyczały: my niewinni! to Niemce wszystko! hitlerowce!" I zaśmiewał się w oparach dymu i piwa.
A ja - naburmuszony, nienawidziłem tego króla życia. I nienawidziłem Maćka za to, co powiedział o Ewie.
Zamówiłem winiaczek i kawę. Ale po wypiciu zdało mi się, że to za łagodne. Wziąłem więc wódkę.
Potem przysiadł się Andrzejek i po paru okrzykach: "A co to?! Nasz katolik alkohol w się wlewa?", dał spokój i z wprawą barowego skurwysyna-bywalca wyciągnął mnie na zwierzenia.
Powiedziałem mu, jak Maciek skomentował fakt rozbicia się małżeństwa Ewy. Że jak ma się legitymację partyjną w torebce, a książeczkę do nabożeństwa między nogami - to takie są tego skutki.
A przecież wiedział, że to nieprawda!
Że to nie wina Ewy!
Skąd zresztą ta legitymacja partyjna?! Że niby Ewa przed Sierpniem robiła coś w ZsyPie? A co, to, że teraz była jedną z najważniejszych osób w regionie, że wchodziła w skład TKU, to co, to mało?! I ona naprawdę robiła w podziemiu coś sensownego, nie jak te wszystkie ciotki rewolucji, w przepoconych ubraniach, z nieświeżym oddechem, co to (wykrzywia się, wyciąga pokurcz ręki w geście Victorii i charczy) "Krwawy łańcuch zwisa u szpon... (dołącza drugą rękę w takim samym geście) ...lecz już wkrótce zostanie zerwany..."
Andrzejek słuchał, potakiwał, papieroska podsuwał, sam sobie "do japki" wrzucał. Barowy spowiednik. Mnie już się w głowie kręciło, a on nic. Kelner przychodził, odchodził. W końcu Andrzejek, niepewny - nieczęsto spowiadał takich typów jak ja, może zdarzyło mu się to po raz pierwszy - powiedział: "Słuchaj, przecież Ewa leci na ciebie". I dorzucił z tym swoim skurwysyńskim uśmieszkiem: "Tak, tak, wszyscy to widzą. Może już czas... żebyś ją przeleciał".
Cofnął się jakby przestraszony, ale ja już nawet nie miałem siły na strojenie katolickich min. Walczyłem z czkawką, z zawrotami głowy. Wyciągnąłem jakieś pieniądze, coś tam podziękowałem i wyszedłem.
Jechałem taksówką. Na granicy pawia. Chciałem zamknąć oczy i skulić się, ale gdy to robiłem, strasznie mną kolebało. Siedziałem więc sztywno, patrząc jak wycieraczki ścierają krople z szyby. Zajechaliśmy pod dom. Dałem taryfiarzowi chałata. Szybko wydał setki. Z drobnymi zaczął się jakoś guzdrać. Wykrztusiłem, że nie trzeba. "Zaraz znajdę". Podeszło mi pod gardło. Szarpnąłem klamką. Zdążyłem. Już na trawnik. "Oj, nie wiedziałem" - usłyszałem zdziwiony i wściekły głos. Oparty o drzewo rzygałem. Potem wyjąłem chusteczkę, splunąłem i... Z godnością katolika udałem się do dom.

"Do japki!" (próbuje wrzucić sobie papierosa do ust, z saltem)
"Do japki"
"Do japki!!"

     Nie zapala. Wsadza papierosa za ucho. Staje przed lustrem. Cytuje.

"Z lekką głową papierosem za uchem i bez kropli nadziei w sercu"

     Przygląda się odbiciu twarzy, obciąga skórę.

"Worek, gdzie fermentują dawne mięsa"

     Obnażona klatka piersiowa, żylasta. Robi minę nieboszczyka. Odchyla głowę do tyłu, przewraca oczy. Ciało pracuje agonalnie. Ta etiudka trwa dość długo.

No pewnie, chyba jeszcze przed śmiercią Grzesia Przemyka... Wyobrażałem sobie, że mnie identyfikują w kostnicy.
Przecież naprawdę katowali ludzi.

     Znów żylasty, wygięty, gra całym ciałem.

"Żydowskie szczenię, Polaczek, zabijaj!"
Dopiero niedawno... Marynarkę mierzyłem na MDMie i znienacka, gdy ją zdejmowałem - koszula mi się podwinęła. Zobaczyłem w odbitych lustrach, że już zgred ze mnie całkiem uformowany. (stara się obejrzeć plecy w lustrze)
Dotychczas robiłem za takiego niewyklutego do końca.
A tu patrzę: gimnastyczka odniosła skutek.

     Wykonuje pompki lub inne ćwiczenia.

Najpierw robiłem to, żeby urosnąć, żeby przestać być żałosnym chudzielcem.
A potem - żeby choć przez parę minut stawiać się gliniarzom.

     Wykonuje parę bloków rękoma, potem przechodzi do ataku.

No co?! ja?! Usz, kurwa...
ćwiczyłem, żeby nie dać się tak szybko, jak mnie już wezmą pod but.

     Znów obrona, atak, agonia.

Ale przecież nie sądziłem, że się obudzę nagle z ciałem zgreda. To przecież przez to chudziutkie ciało, jak na początku stanu wojennego był podział zadań, nie zgodziłem się na działkę: kontakty z zakładami przemysłowymi. Wyglądałem w swej wyobraźni jak inteligencki, chudy, obrzydliwy prowokator, podżegacz z plakatów z lat pięćdziesiątych, który judzi potężnych robociarzy przeciw władzy ludowej. I - "potężną robociarską dłonią zostanie unicztożenyj".
Bałem się śmieszności.
Grałem niedojrzałego.
Dlatego może - katolik. Że do twarzy z takim rozmodleniem?
Ostatnio wpadłem na to, że mogłem przecież być w stosunku do kobiet poetą. Takim zdenerwowanym, znerwicowanym, schorowanym, co ciągle szuka partnerki, kłopoty z komunikacją międzyludzką... "Nie, no wiesz, nie o to chodzi..." "Chyba znów się pomyliłem..." "Trudno, już chyba nigdy..."
I mógłbym panienki zaliczać i być.. taki autentyczny.

Piotr - mąż Ewy, jak jeszcze nie wszystko im się rozwaliło i wpadłem do nich po jakąś paczkę bibuły, lekko chyba pijany tłumaczył: "Oni cię takiego potrzebują, takiego niewinnego, taką... panienkę. Bo ty, a i pewnie Ewa, chociaż Ewa to też La Pasionaria - bo wy potwierdzacie ich w aktywności. Wy - jesteście gwarantami ich słuszności. A te wszystkie wasze rozterki to ich tak naprawdę gówno obchodzą. To znaczy, przepraszam. Są uroczym ozdobnikiem. Są takie niewinne. Dzięki wam oni mogą chlać. Widząc zachwyt w waszych oczach, mogą smarować hasła na murach. Zamiast wziąć się do czegoś sensownego. Pawełku, zastanów się..." - ale Ewa z przepraszającym uśmiechem wypychała go już z kuchni.

Nie prowadziła chyba najlepiej zajęć. No, w porównaniu z innymi geniuszami wydziałowymi była rewelacyjna. Ale tak obiektywnie...
Zbyt łatwo się peszyła. Spojrzeniami, uśmieszkami...
Kiedy omawiała freudyzmy, te wszystkie panseksualności, te "akt lektury jest aktem erekcji, twórczość - odpowiednik orgazmu..."
Starała się być otwarta i nowoczesna. Ale tę udawaną fascynację co chwila przerywało jakieś zakłopotanie. Zażenowania na twarzy. Może zresztą mnie się tylko tak zdawało?

Dość szybko stałem się faworytem Ewy.
Dlaczego?
Pewnie przez ten mój łamiący się głosik półnawiedzonego i zatroskanie o wartości, te wahania dojrzewającego chłopca... Pewnie tak. W każdym razie to do mnie przed którymiś zajęciami podeszła Ewa i poprosiła, bym przedstawił grupie propozycję przejścia z nią na "ty". Ona łamiącym się głosem, ja łamiącym się głosem.
Trzeba nam było się tam popłakać na korytarzu!
Delikatni!
Nieprzystosowani!

Razem malowaliśmy plakaty. Razem przygotowywaliśmy wydział do strajku bydgoskiego.
A potem - przyszedł listopad osiemdziesiątego pierwszego i "najdłuższy w historii okupacyjny strajk studencki". Kaczmarski, kłótnie i świńtuszenie.
Oj, i ten smród trawki dołączający się do normalnych wydziałowych fetorów.
Wpadali w odwiedziny różni pracownicy. Wpadła i Ewa.
W dżinsach, swetrze.
Zupełnie jakby chciała stać się jedną z nas.
I już została. W swetrze narzuconym na jej niematerialne ciało. Taśmowy produkt - dżinksy i ona - protest przeciw seryjnej produkcji ludzi.
Robiła kanapki, uczestniczyła w dyskusjach.
Była.
Immaculata.

Dwunastego grudnia po wyjściu ze strajku spotkaliśmy się jeszcze na "Piłacie i innych" w kinie Pierwyj Maj.

A potem przyszedł stan wojenny. I zostałem... "adiutantem" Ewy. Zabierała mnie na zebrania przeróżne, konspiracyjne popijawy, na spotkania.
Rzeczywiście byłem niezły. Oczytany w tych wszystkich artykułach, na bieżąco z prasą katolicką, podziemną, z "Wolną Europą"... Pani docent (naśladuje) ciumkała z zachwytu i podawała herbatniczki. Obłożona książkami jakimiś o okupacji, o powstaniu, z radością gościła u siebie Ewę z jej "Małym Powstańcem".

A ci wszyscy studenci polonistyki to cykory były. Nawet enzetesowcy. Janusz. Jak pierwszy maja się zbliżał - to on ciach - z rodzicami na działkę. Trzeci maja - podziębiony. Dziesiąty listopada - do siostry musi, bo szwagier... jedenasty - nie zdążył. A przy wódeczce to od razu - "lance do boju, szable w dłoń" i "na pohybel komunie".
Po jakiejś demonstracji - chyba pierwszego maja - natknąłem się na Krzysia z Politechniki. "Hej... balanga jest". I pojechaliśmy. Na Żoliborz. Ekipa z Polibudy. O, to była imprezka! Najpierw po czerwone flagi. Na ulicę. Ze słupów ściągać. Trząchałem się... ale potem zasłaliśmy całe mieszkanie na czerwono i na tym trupie komuny... Ale oni to w ogóle luźniachy. Na demonstracjach naprawdę naparzali się z zomolami. Nie to co my. Popiskać trochę Soli-darność! Soli-darność! i długa. Gospodarza tej balangi, który u siebie w garażu razem z Krzysiem tłukł bibułę, jakiś palant z polonistyki oskarżył, że jest ubekiem. "Chłopaki, przysięgam, to on..." "Nie wierzycie mi?" "To co, kłamię?"

     Nuci na melodię "Poczekalni" Kaczmarskiego:

"Uwierzyliśmy... palantowi"
I już przez Ewę szedł cynk do Tygodnika, rubryka "spisane będą czyny i rozmowy", że "student Politechniki ten a ten...". Na szczęście w ostatniej chwili Krzyś jakoś zwiedział się, spotkaliśmy się, patrzę, a "straszny ubol" to gospodarz balangi sprzed paru miesięcy.
I potem - "Przeprosinki. Kolega się widocznie pomylił, bo przecież zdenerwowany był, bo na komisariacie..."

Każdy się bał. Och, jakżeśmy wszyscy się bali!
To pocenie się rąk.
Albo drżenie. Na początku, jak przepakowywało się ulotki, to łapy tak wszystkim chodziły, że co chwila coś leciało na podłogę.
I nieświeże uśmieszki.
Albo dreszcz jak z naprzeciwka szedł patrol.
Rozstroje żołądka.
Albo miękkie nogi, gdy nawiewałeś na demonstracji i "STÓJ!!!" "STÓJ!!!"
Całe miesiące nerwówy.
Raz w jakiejś dziwnej sytuacji na mecie z całą stertą flag i transparentów Solidarności ze strachu po prostu usnąłem. Można usnąć ze strachu.
Różne były lęki. Na Ursynowie miałem roznieść trochę ulotek. Na początku. Jakieś karteczki zupełnie bez sensu. Z wezwaniem do kolejnego strajku o wszystko. Ewa mówiła, że rzeczywiście strajk chyba nie wypali, ale trzeba.
Szedłem więc w zadymce. Drżąc z zimna. I ze strachu pewnie też. Ulotki należało wtykać w drzwi mieszkań albo "kłaść w widocznym miejscu na klatce schodowej".
Ulotek nie było znów tak wiele. Ze trzysta. Drugie trzysta wziął już ode mnie Tomek, który nagle zadeklarował "chęć porobienia czegoś". To wtedy było wspaniałe. Ludzie buzowali się w domu przed telewizorami, a potem nagle zaczepiali na dziedzińcu Uniwerka albo na korytarzu i jęczeli jak na głodzie: daj coś dla mnie, jakąś bombę ulotkową albo co...
Szedłem kompletnie pustym osiedlem. Całkowicie obce okolice. Jakieś rozkopy. Rachityczne drzewka. Ziąb. Azja.
Zobaczyłem patrol... Te ulotki. Bez sensu. Jeszcze facet jakiś na serio się przejmie, zastrajkuje i wyleci z pracy.
W takich sowieckich uszatkach. Psiarscy. Minęli mnie. Za jakimś warzywniakiem z dykty skręciłem i - aby uratować facetów przed bezsensownym wylatywaniem z pracy, delikatnie wsunąłem resztę ulotek do wnętrza takiego łunochoda na śmieci, co stal przy parkingu.
Wszystko przez pogodę. I ta dzielnica...
Potem dopiero poznałem Ursynów. W ogóle to była niezła okolica! Czasem bibułę przerzucało się prawie z jednej klatki schodowej do drugiej i cała konspiracja polegała na tym, by nie spiknąć ze sobą poszczególnych "konspiratorów".
Tam chyba w ogóle najfajniejsi ludzie mieszkali. Młode małżeństwa. Z kolumn sączył się dżezik.
Żony w dresach gdzieś w kuchni. Dzieciaki z takimi wielkimi oczami...
Posłuchaliby sobie rozmów ich podziemiackiego naczalstwa.

     Artykulacja a la grypsera, charakterystyczna sylwetka, ruchy głową:

"Dla jakiego komba robisz? Będziesz mi tu podsrywać u Ireny? Ten liże dupę kornikom. Myślisz, czarny to kupi?"
A Ewa - miała być jakąś taką męczennicą. Rzucona przez męża, przeżywająca jakby celibat. A ja przy niej - ministrant. I oboje ze smutnymi uśmiechami celebrować mieliśmy wieczne oddanie wartościom.
Nakłaniać kogoś do poświęcania się! O, jakże się nakręcałem, gdy kiedyś odprowadzałem ją z Uniwerka do domu, gdy szliśmy przez pogrodzony płotami Plac Zwycięstwa, gdy Za Żelazną Bramą mijaliśmy szalejące wiatry. Marzyłem i mówiłem, że teraz, gdy zostaje sama. Żeby przemyśleć pewne rzeczy. Żeby z większą dojrzałością wyjść naprzeciw Piotrowi. Że sakrament małżeństwa. Że "kochać to znaczy wciąż zaczynać od nowa".
Bredziłem coś Ewie o macierzyństwie duchowym, że studenci, że jej poświęcenie dla Solidarności.
Męczennica.
I ministrant.
Mniszka...

Ja oczywiście nie wiedziałem, co jest grane. Po egzaminie z opisowej szliśmy z Andrzejkiem i Tomkiem na Stare. A gdzieś na wysokości Seminaryjnego - patrzymy - Ewa. No więc: cześć, cześć.
Wracała z kina. Sama!
I Andrzejek, czy idzie z nami do knajpki.
Andrzejek! Ten sam, który od Wojtka zerżnął pracę semestralną, a jak Ewa to wykryła i wezwała na rozmowę, to on chlapnął sobie koniaczek i na jej dyskretne sugestie, że jego "esej" nie jest zbyt "oryginalny", przerwał jej i powiedział: "nie rozumiem, co chcesz zasugerować".
Do Ewy! Taki tekst! I wyszedł.
A teraz, czy do knajpki...
I Ewa się zgodziła.
U nich już wtedy w zasadzie wszystko się rozwaliło, Piotr wyniósł się z mieszkania...
Siedzieliśmy więc w tej knajpce, co jest naprzeciw "Kmicica", oni z Ewą tankowali jakieś bułgarskie wina, a ja - prawiczek Glempowy wlewałem w siebie pewnie czwartą colę.
Ewa śmiała się, opowiadała jakieś anegdoty o pracownikach. Wtórowała, gdy Andrzejek z Tomkiem rzucali kawałki o wydziałowych pięknościach. Wiedziałem, że to wszystko jest pozą!
Że przez Ewę przemawia rozpacz!
Ale co mogłem zrobić nad szklanką swej coli, gdy Andrzejek z Tomkiem i Ewą ... prawie przechodzili do śpiewania jakiejś popeliny Lady Pank. Na szczęście zamykano i astmatyczny szatniarz ciężko dysząc i charcząc wyprosił nas. Chyba po to go zresztą trzymali latem.
Wyszliśmy na uliczkę. To znaczy ja wyszedłem, a oni się wytoczyli. Ze śmiechem. I Tomek dancingowo-swingująco: "Co robimy z tak pięknie i simpatycznie rozpoczętym wieczorem?"
Wśród moich kretyńskich "ciszej, ciszej" poszliśmy na Barbakan, bo Andrzejek koniecznie chciał pokazać Ewie okna swojego mieszkania, które widać przez Wisłę, gdy stanie się przy tej Syrence.
Wreszcie dotarliśmy tam i Andrzejek do śmiejącej się Ewy coś tam opowiadał, jak to po balangach usypia kołysany rykiem lwów i krzykami małp. Bo mieszka niedaleko ZOO. Staliśmy gapiąc się na drugi brzeg. Andrzejek mrugnął do mnie i niczym wodzirej zapowiedział: "A teraz my z Tomkiem skoczymy po coś na ochłodę... Czekajcie tu na nas" - i figlarnie pogroził nam palcem.
Usiadłem na jakiejś balustradzie. Tam chyba nie działająca fontanna była, czy coś takiego. Ewa w letniej sukience. Podeszła do mnie z resztką uśmiechu na twarzy.
świetnie się śmiała. Najpierw przez jej twarz nieodmiennie przechodził jakiś grymas niedowierzania, jakby chciała powiedzieć: "nie męczcie mnie, nie znęcajcie się, tak nie można". Trwało to ułamki sekund. A potem wygięte do dołu koniuszki ust poddawały się i Ewa całą sobą rozpromieniała się.
Podeszła tak, że stojąc oparła się o moje kolana. "Oj, Ewa, Ewa" - zamilkłem spłoszony, bo zabrzmiało to nagle jak... takie katolickie nudziarstwo. "Co?" - spytała i chyba też się zdziwiła, bo jej pytanie uzyskało niespodziewanie wyzywający ton.
Umilkliśmy. Ewa opierała się o moje kolana. Była niesamowicie ciepła noc. Stworzona do afirmacji.
Tylko ja z tym katolickim ościeniem!
I Ewa z rozpadającym się małżeństwem!
"Paweł" - powiedziała nagle jakoś tak... błagalnie i popatrzyła na mnie krzyczącym ze smutku wzrokiem.
Bałem się takich spojrzeń. Znałem je. Tak patrzyli na mnie czasem moi alkoholiczni znajomi, gdy pijani chcieli się zwierzać, deklarować przyjaźń i wzywać do czegoś, czego nie potrafiłem im dać. Gdy chcieli zbratania i... usprawiedliwienia. Uciekłem wzrokiem. Zresztą jej twarz była za blisko.

     Dłonią zaczyna trzeć kolana.

"Paweł" - powtórzyła i zaczęła ocierać się o moje kolana.
Coraz silniej.
I silniej.
"Paweł! Czy tak musi być?!"

Tomek z Andrzejkiem przyjechali dorożką. Z szampanem. I ze śpiewem. Pięć tysięcy ich ta radocha kosztowała. Chłopcy wyskoczyli triumfujący. Z powozu.
Huknęły szampany.
Andrzejek zaczął wywodzić, że dwa szampany na trzy osoby to najlepsza proporcja.
"I ty Pawełku, katoliku, zapamiętaj to sobie, jak już w wolnej Polsce będziesz popijać. Juhu!"

Potem - taryfką do Andrzejka. "Oj, na chwilkę, pogadać trochę jeszcze..."
Przez most. Koło miśków.
Windą na siódme.
O, Andrzejek to miał zapasy!
Otwiera barek, a tu - Pewex. Dżinik, whiskacz, marlboro.

     Naśladuje gwizd typu "fiu fiu fiu" - podziw, zdumienie Pawełka; imituje odpowiedź:

Co?! wujek Reagan dba o swoich!!
No i chlanie.
Andrzejek muszkę skądś wytrzasnął i Ewa - hi hi hi - próbowała mu ją zawiązać.
Tomek do płyt i: O! Czerwone Gitary! Patrzcie!!! Czerwone Gitary!
A ja - jak zwykle. Z miną "memento mori". "Pamiętaj na rozkład ciała i rzeczy ostatnie".
Posiedziałem.
Posmędziłem.
W końcu znudziło mi się to apostołowanie. Wyszedłem. Nawet mnie nie zatrzymywali.
Dopiero przy pętli nocnego przypomniałem sobie, że miałem przecież pogadać z Ewą o tych ulotkach na papieża.
Z powrotem.
Tam już pełen rozpad. Najarane. Doorsi na full. I samotny Tomek kiwający się z pięt na palce. Z papierosem.
"Gdzie Ewa?"
A Tomek jakoś twardo:
"W pokoiku. Nie przeszkadzaj".
Ja za klamkę. Ciemno.
"Ewa?"
Cisza.
"Ewa... ja na papieża... te ulotki..."
"Ewa!..."

     światło zaczyna wygasać.

"Ewa!!!..."

     Ciemność.

"Ewa!!!"




pierwodruk: "Dialog" 1991:8


REWOLTA, Sp. z o. o.,  02-797 Warszawa,   ul. Nowoursynowska 129 m. 6  

NIP 951-20-73-975  Tel. (+48) 601 213586  rewolta@rewolta.pl